Zamykam powieki, ziemski majestat blednie i gaśnie,
gdy w Twym spojrzeniu tonie moje złote niebo.
Na wieki pospołu, poza czasów ciasnym powrozem,
gdzie w misterium milczenia odkrywamy swe źródło.
Podążam duchowym traktem śladem Twoich snów,
gdzie złote niebo tętni esencją przeznaczenia.
W moim ogrodzie, pośród rozkwitających kwiatów,
rozbijam samotność, odnajdując czyste wytchnienie.
W najgłębszych zakamarkach duszy drży serce ze złotych nici wplecione,
to czuły dar, który wnika w same głębiny Twojego serca.
Niechaj żaden chłód nie dotknie przędzy w złote niebo wtopionej,
by ten nieuchwytny skarbiec pozostał wieczny i szlachetny.
Niechaj złote niebo w świcie odbija Twe jasne bezkresy,
a ja z potęgą namiętności uniosę Cię w krainę zachwytu.
W powszednim trwaniu wykuwamy nowe definicje poezji,
by żaden cień wątpliwości nie mącił już Twojego błękitu.
Jesteś nieokiełznanym ogniem, co pragnienia w duszy podnieca,
znakiem zapytania wplecionym w sam rdzeń Twojej istoty.
Gdy złote niebo z cicha nad nami na nowo zaświeca,
wyjmuję bolesny cierń, gładząc minione piołuny i cnoty.
Bądź moim słodkim arkanem na ustach cicho składanym,
grzechem nieprzeniknionym, co w wieczności tonie.
Złote niebo spowija nas cichym, eterycznym całunem,
a ja należę do Ciebie na zawsze, w każdej świata odsłonie.





