Nie masz promili, a świat wciąż pęka w szwach,
gdy w Twojej grawitacji szukam skrawka nieba.
Byłeś moim azylem, cichym światłem w mgłach,
jedynym skarbem, jakiego mi było trzeba.
Infiltrujesz bezmiar utajonych pragnień,
gdzie w samym środku serca wyrastał nasz dom.
Dziś patrzę na dłonie, puste i bezsilne,
gdy Twój dotyk na zawsze unicestwił grom.
Jesteś utraconym azylem w przestrzeni,
gdzie w Twoim nurcie odnajdywałam sens.
I choćby cały kosmos zmierzał ku nicości,
w moim magnetyzmie trwa ten wieczny cień.
Tworzyliśmy mikrokosmos pośród gęstej nocy,
gdzie miłość była czystym, chłodnym sacrum.
Teraz znowu gasi mnie ten dawny lęk,
a w bezgranicznej ciszy trwa już tylko płacz.
Zapisujesz w moim sercu bolesny poemat,
zostawiając w dłoni tylko małą perłę łzy.
Zniknął nasz dom, zniknął każdy schemat…
Dlaczego w tym micie zostałam bez Ciebie… ja, a nie my?





