Ostatnie światło w gęstwinie nocy
To miasto, paliła kiedyś światła,
szukając miejsca pośród nich,
a potem nagle zjawiał się on
i wszystko miało głębszy sens.
Na jej ciele rozpięta agrafka lśni,
a z niej skrzydła motyla wzlatują w niebo,
trzy pomnożone przez trzy — cichy rytm,
zwolnienie, co zachwyca każdy dzień.
Znał każde słowo, które skrywała,
nim jeszcze w ustach zrodzi się.
Przy nim nareszcie żywa była,
jego cichy oddech wznosił ją.
Znał ją lepiej niż ona sama,
czytał jej cień z otwartych kart.
Zniknęła dawna, chłodna rana,
gdy jego dotyk stawał się wart.
A kiedy trzymał ją tak blisko,
wszechświat na chwilę wstrzymywał bieg.
Znikało gdzieś dalekie urwisko,
gdy otulał ich złocisty blask.
Cały świat gdzieś znikał w mgnieniu,
szum miejskich ulic gasł w tle.
W jego bezpiecznym, cichym cieniu
jej serce na zawsze wiedziało już.
Nawet gdyby zniknął cały świat,
a niebo spowił cichy zmierzch,
ona pośród tysiąca pięknych lat
będzie pamiętać, jak z nią żył.
Rozpoznałaby go bez trudu
wśród miliona błyszczących gwiazd,
bo nie ma na ziemi takiego cudu,
co zatarłby jego jasny blask.
Rozpoznałaby bicie jego serca,
ten jedyny rytm, co w niej tli.
To ono mrok w jej życiu skraca
i otwiera do jutra drzwi.
Idzie pewnym krokiem, nie pyta o świat,
w jej oczach ogień, co radością lśni.
Gdy ucichnie szum, a niebo spowije świt,
w słowach pełnych ciepła jej historia brzmi
Wesprzyj moją twórczość wirtualną kawą…
Każda kropla kawy to nowa iskra kreatywności…





