Złoto kruszeje w dłoniach, obnażając to,
co pod powłoką czyste i niewzruszone.
Twoja obecność to spoiwo,
w którym wielka miłość nie szuka już poklasku ani wysokich uniesień.
W naszej baletnicy nie ma lekkości tiulu,
lecz siła, która schodzi głęboko pod powierzchnię.
Ona tańczy na samych korzeniach w cichym splocie,
gdzie ciężar staje się oparciem, a prawdziwy sens rodzi się w trwaniu.
Nie potrzebujemy światła rampy ani obcych spojrzeń,
by widzieć to, co w nas najjaśniejsze.
W ciemności pod ziemią uczymy się gestów,
wolnych od lęku i powszedniego fałszu.
Każda cząstka czasu przesypuje się cicho,
zostawiając tylko to, co naprawdę ważne.
Gdy świat wokół pędzi za ulotnym błyskiem,
my obieramy kierunek w same wnętrze ciszy.
Twoje dłonie stają się schronieniem dla myśli,
które dotąd bez celu szukały swojego miejsca.
To tu spleciona siła zamienia codzienny trud,
w głęboki spokój trwania.
Z podziemnych splotów wyrastają ciche kwiaty,
rozkwitające w mroku bez potrzeby słońca.
Ich zapach karmiony jest miłością,
która nie musi pokazywać się światu, by rozwijać pąki.
Ruch baletnicy staje się wolny i pewny,
uwalniając nas od ciężaru dawnych niepokojów.
Zamiast krótkich zachwytów wybieramy fundament,
którego nic nie zdoła podważyć.
Nawet gdy wszystko na powierzchni obróci się w pył,
te podziemne pędy i korzenie zostaną nienaruszone.
Trwamy bez zbędnych słów, odnajdując wolność tam,
nikt inny nie potrafi jej dostrzec.
I w tym cichym tańcu,
na samych korzeniach odnajdujemy naszą pełnię.
Głęboką, wieczną i nie do rozerwania.





