Gdy cichnie wrzaskliwego miasta pęd,
Twój wzrok przecina atramentowy mrok.
W bramach, gdzie zastyga stary czas,
w Twoich dłoniach odnajduję pewny krok.
Byłaś jak iskra w mglistym zaułku,
gdzie chłodny wiatr na ścianach pisał żal.
Dziś Twoja czułość to moje ukojenie,
gdy obcy tłum gna w bezimienną dal.
Nie trzeba nam korony ani złota,
gdy w splocie ramion gaśnie miejski strach.
Twoja obecność to jedyna prawda,
co w jasny sen zamienia szary dach.
Usiądziemy cicho na krawędzi nocy,
a światła w kałużach stworzą konstelacje.
Dwa serca grają głośną, własną melodię,
gdy ciemność przynosi wreszcie ukojenie.
I choćby niebo zaciągnął ołów,
a chłodny wiatr smagał mury domów.
To co jest w nas, trwa niewzruszone,
wolne od zwątpień i bezdusznych gromów.
Pójdziemy razem przez ścieżki losu,
chroniąc ten płomień przed bezlitosnym czasem.
Niech ta melodia w nas nigdy nie gaśnie,
będąc na zawsze najpewniejszym kompasem.





