W ciszy, co ciężko kładzie się na kamieniu,
na chropowatej fakturze zapomnianych ścian.
Stoisz, jako ten jedyny, ostateczny plan,
w którym moje „ja” znika w twoim cieniu.
Nie patrzysz na mnie, patrzysz przez mnie, głęboko,
tam, gdzie słowa są tylko kulawym echem.
Gdzie czas przestaje być grzechem i pośpiechem,
a miłość jest absolutną, bezkresną epoką.
Zejdźmy dziś cicho w ten półmrok łagodny,
gdzie Twój oddech mój własny sen kołysze.
Niech miłość nas skryje pod bezpieczną ciszę,
a świat cały stanie się bezgłośny, chłodny.
Okulary ta delikatna bariera ze szkła i stali,
to nie filtr, co kłamie, lecz soczewka duszy.
Odsłania prawdę, której nic nie skruszy,
światło, co z Twoich oczu w mrok we mnie pali.
W tym jednym spojrzeniu, głębokim jak ocean,
zamykasz cały wszechświat, który we mnie płonie.
Gdy patrzysz zza szkła, znika ziemski ocean,
a moje serce składa się w Twoje dłonie.
To nie jest zwykły zachwyt, to czyste oddanie,
gdzie każdy milimetr Twojej bliskiej twarzy.
Staje się domem, moim słońca wschodem,
miłość to wzrok Twój, który we mnie parzy.
I chwila, gdy wieczność staje się dowodem,
Twoja biała koszula, jak całun nienapisany.
Przyjmuje bicie mego serca, jak własne,
ucisza lęki, co były tak ciasne.
Goi w milczeniu wszystkie stare rany,
śnij już, bezpieczna w miłości ramionach.
Gdy noc nad nami rozpina swój cień,
zanim powita nas nowy, jasny dzień.
Bądź moją ciszą, w której świat ten kona…





