W szczelinach istnienia, gdzie szept Twój zamiera,
namiętność jak rosa swe skronie otwiera.
Jesteś kruszynką w dłoniach wszechświata,
co w kruchym oddechu wieczność zaplata.
Niech deszcz ten nie rani, lecz wsiąka powoli,
w głąb Twojej tkanki, co jeszcze tak boli.
Miłość to dotyk na ostrzu milczenia,
który nas z lęku w światło zamienia.
W Twoich żyłach płynie srebro nieodkryte,
pragnienie czyste, w kruchości ukryte.
Bądź moją ciszą, co świt prowokuje,
gdy dłoń mą na skórze Twój puls odczytuje.
Nie szukaj schronienia w cieniu minionym,
jesteś płomieniem w deszczu nieugaszonym.
Zmienna jak wiatr, co rzeźbi wydmy białe,
mieścisz w swym drżeniu światy całe.
Przejdziemy boso przez lęku rozpadliny,
gdzie słodycz ust zmywa gorzkie winy.
Zostaniesz mą prawdą, nieuchwytną smugą,
co karmi mą suchość namiętnością długą.
Niewidzialna nić, co nas w jedno splata,
delikatniejsza niż sny o czymś, co lata.
W niej Twoja kruchość staje się mą siłą,
szeptem rozbijasz mury, co lęk wznosił.
O taką bliskość nikt wcześniej nie prosił,
płyniemy w nieznane, na fali drżenia.
W stronę wspólnego, jasnego świtania,
gdy światło poranka zaleje nas czule.
Twojej obecności po prostu nie zgubię,
w namiętności spokojnej, co nie zna pośpiechu.
Znajduję sens w każdym Twym oddechu,
zapomnij o lęku, co kiedyś nas mroził.
Twoja obecność raj dla mnie otworzy,
znikają granice, zostaje tętno wspólne.
W miłości tak pięknej i szczerze bezwstydnej,
jesteś mi horyzontem, co się w wodzie mieni.
Ostatnim szeptem przed świtem jesieni,
Kruszynko moja, w tym tańcu cieni.
Nasza namiętność to jedyny płomień…





