Wspinam się po krawędzi świtu,
By z wysokich łąk zebrać lśnienie,
Kradnę błękit z samego szczytu,
zmieniając noc w złote marzenie.
W moich dłoniach słońca małe drżą,
ciepłe jak oddech letniego wiatru
wszystkie troski w tym blasku schną
w blasku, co nie zna granic ni teatru.
To nie są ognie, lecz krople zachwytu,
co na rzęsach siadają radosne
Wydobyte z ciemnego niebytu,
by w środku zimy zasiać wiosnę.
Teraz każda ścieżka blaskiem tętni,
gdy niosę w sercu skarby skradzione,
Jesteśmy światłem wolni i odświętni
W jasność na zawsze przemienione.
Wspinam się po aksamicie mroku,
schowałam do kieszeni ognie z wysoka,
teraz mam jasność przy każdym swym kroku
i czystą radość w gwieździstych potokach.
Rozsypię srebro na ścieżki i progi,
by każdy wieczór był barwą upojny,
znalazłem spokój i koniec mej drogi
W świetle, co płynie, cichy i dostojny…





